Historia prawdziwa o tym co można ( a może kogo można ) znaleźć wśród jesiennych liści. Opowieść jak życie – miejscami smutna, ale w sumie optymistyczna .

To było takie jak zwykle, piątkowe i szare popołudnie. A właściwie – miało nim być. Zakupy, które zwykle robię wieczorem, postanowiłem zrobić kilka godzin wcześniej. Rower, plecak, czapka – świat postarał się tego dnia  jednak pokazać, że moje  plany na koniec dnia   są dla niego niewiele warte. Zamykałem właśnie furtkę, gdy zorientowałem się, że  liście pod bramą mają oczy. Okrągłe, zielone oczy wystraszonego, kociego dziecka. Wiecie – to jest taka chwila gdy wszystko dzieje się samo, a człowiek nie musi myśleć. Wyciągnięcie ręki, podniesienie, zaniesienie. Do kręgu światła, z kręgu chłodu. Do ciepłego domu z pustej   bezdomności. 

To było  małe, okrągłe, mokre i piszczące. Kiedy dokładnie obejrzeliśmy naszego nowego gościa okazało się, że kotka, ma oderwany spory kawałek ogona, okaleczone tylne łapki na których nie może stać. Jest mokra, zakrwawiona, zimna i głodna . Przestraszona tak, jak może być przestraszone  zycie, ktore za chwile może się skończyć. Wśród zimnej, jesiennej nocy. 

Ale … będzie inaczej. Musi być  ! Kotkę wysuszyliśmy, trochę oczyściliśmy z tego co ją powoli zaczynało zjadać. Potem lekarz. USG, rentgen. Wielki krwiak w brzuchu, złamana miednica, brak palca u tylnej łapki i urwany częściowo ogon. Nie jest dobrze. Ale jest już pierwsza decyzja : leczymy i zostaje u nas. Nawet jak nie będzie w pełni sprawna, nawet gdy nie będzie spawna zupełnie. Będziemy walczyć . Będziemy. 

Pierwsze noce to leki, sprawdzanie czy oddycha, jedzenie podawane na czubku łyżeczki. Ma się mało ruszać, więc mieszka w wielkim pudle, po jakimś zbyt wcześnie znalezionym prezencie od Mikołaja. Je i śpi. Grzecznie bierze leki. Starsze koty – bacznie patrzą,  co to za nowe cudo pojawiło się w domku za czerwonymi drzwiami. 

Kotka ma imię. Freya. Po prostu je ma. Nie wiem dlaczego  od razu tego nie dostrzegliśmy. Ale teraz już wiemy. I wiemy że będzie żyć .Bo  kto odzyskał imię,  ten znów powrócił do życia. 

Po trzech dniach kolejna wizyta u weterynarza. Jest lepiej. Wygląda lepiej. Ale miednica będzie się długo zrastać. Wracamy jednak spokojniejsi. Wiemy już,  że przed nami długie leczenie, przycięcie ogona, zapewne rehabilitacja łapek. Nie wiemy, czy Freya kiedyś sama wskoczy na szafę, ale wiemy za to na pewno,  że jest już częścią naszego domu. 

Mija powoli tydzień od popołudnia, kiedy zobaczyłem, że na mnie patrzy. Dużo śpi, dużo je i zaczyna powolutku chodzić. Jeszcze nieco chwiejnie, jeszcze łapki zbyt słabe są, by kocim, odwiecznym obyczajem  skoczyć na stół między obiadowe talerze lub na szafę w pogoni za pająkiem. Ale życie wygrało i nawet jeśli będzie odrobinę inaczej sprawne to będzie. A to jest już coś czego należy się cieszyć. Freya śpi teraz w swoim pudełku i cicho, na granicy słyszalności mruczy. Patrzą na nią duże oczy starszych kotów, zza okna zerka zachodzące słońce. Więcej jej ani nam nie potrzeba by żyć. I to jest optymistyczne w tym szalonym świecie. 

A tak wyglądał pierwszy tydzień Freyi. Kotki znalezionej pośród liści.